Co najmniej dwie osoby poprosiły mnie o napisanie czegoś w rodzaju resume mojego pobytu w Kanadzie, albo tego bloga (sam już nie wiem). Zatem za chwilę przystąpię do czegoś w tym rodzaju. Jeśli się to okaże resume to fajnie. Jak nie to też fajnie (dla mnie).
Zatem siedzę sobie o 5:04 w Łodzi w pokoju mojej córy. Padłem wczoraj jak kafka (chyba chodzi o takiego ptaka, nie?) już koło 19ej. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę zmianę stref czasowych i tempo podróży wychodzi na to, że byłem na nogach prawie 30 godzin. Zdążyłem juz ogarnąć kuchnie i pobawić się moim nowym telefonem odziedziczonym po szanownej tesciowej.
Kilka migawek z podróży powrotnej.
Pięknie spędzony ostatni dzień w MTL. Jak zawsze było miło na końcu, ściskom i wymianom uprzejmości nie było końca:) Alkohol lał się strumieniami hahahaha. Nie no to żart. Ceny na lotniskach zabijają. Kanada to policyjny kraj. wiecie już o obecności gestapo (wcale nie zagineło po 2 wojnie - wręcz przeciwnie ma sie bardzo dobrze). Od momentu zgłoszenia się do security check do momentu przejści aprzez gate zostałem 5 krotnie poproszony o pokaznie boarding pass i raz został przeszukany dokładnie mój plecak. Chyba dlatego, że jedyną jedo zawartościa były klocki dla mojej małej:)
Chciałem kupić alko na bezcłowym, ale pani mi wyjaśniła, że jeśli nie mam dostępu do bagażu we Frankfurcie to nie pozwolą mi wnieść na pkład takiej butelki (1,5l). Dziwna sprawa, bo w drodze do Ca kupiłem na Chopinie flaszkę i nie było żadnych problemów.
Lot opóźniony został o 2 h. Z jakiej przyczyny-nie zrozumiałem:D
Jak zawsze mam pecha w samolocie. Moją stronę samolotu obsługiwali stewardzi. Pod 60 kę. Serio...ż etaki wielki jak centrum handlowe? No to teraz poczułem się jak w DPSie w chmurach. Przez cały czas korytarzmi posuwali się powoli starzy ludzie. Rozumiem ich. Lata już nie te i naprawdę czasmi nie mogą usiedziec kilku godzin. Ja nie mogę więc ich rozumiem. Ale widok w kontekscie moje pracy w UK był zaiście komiczno żałosny.
Pobyt we Franfurcie bez szczególnych wydarzeń. Piwko, toaleta i kolejna próba kupienia Martini. Tym razem okazło się, że nie zapłacę moją kartą debetową... Los postanowił, że nie będzie celebracji o bazie Martini.
Lądownie w Wawież bez specjalnych ekscesów. Zdążyłem na pociąg tak jak planowałem (tak ,tak czasami coś zaplanuję). Centralny powitał mnie zapachem moczu. Normalka. W pociągu serwis kawowo-kanapkowy. Super. Pociag stary, ale jakby czystszy. Przed odjazdem, wzorem chyba linii lotniczych kierownik pociągu przywitał się z pasażerami, przedstawil czas podróży. Fajnie.
Łódź przywitała mnie rodzinnie. Żona i córka. Chyba mała się ucieszyła. Mocno sie tuliła. A na Okrzei zielono, pięknie. Gdzieniegdzie smierdzi moczem, walają się butelki i puszki. Ludzie parkują na trawnikach i chodnikach, ale to Polska przecież. Normalka.
No i nie wyszło z tego zadne podsumowanie. Jak córa pozwoli to w następnym poście podsumuję pobyt. To będzie ostatni zarazem post. A tymczasem udanego weekendu!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
wrociles calo i zdrowo i o to chodzi:> przygod miales co niemiara - bedzie co wspominac na stare lata :> hi hi Niom..podsumowanko jako taki,oj wybacze Ci, rozumiem zmeczenie i te sprawy :> wiem dlaczego Mala sie ucieszyla na Twoj widok - wyczula KLOCKI :> hi hi A tak juz powazniej,to supcio ze juz jestes :> poprosze o foteczki i jakies smieszne filmiki :>
Prześlij komentarz